Ponieważ środek zimy jest fantastycznym powodem i czasem, by myśleć o lecie, rozpoczęliśmy przygotowania do Jachtowania 2009. Póki co zastanawiamy się nad terminem, a przede wszystkim - nad jednostkami oraz firmą czarterującą. Na pewno odpada zeszłoroczny armator - AZS w Wilkasach, który co prawda jest bardzo tani, ale i jakość jachtów i usług ma na niskim poziomie ;) (marudziłem trochę na nich po zeszłorocznym rejsie). Doświadczenia z nimi spowodowały, że łaskawszym okiem spojrzałem na Ahoj, od którego wynajeliśmy jachty 2 lata temu. Natomiast wizualnie (z obserwacji żaglówek, a w szczególności ich stanu) podobała nam się flota Bocianiego Gniazda i Mariny Bełbot. Niestety, ceny tej drugiej są dość zaporowe...

Wybór armatora to także w dużej mierze wybór jachtu - o ile Ahoj dysponuje wieloma modelami łódek, o tyle wybór w Bocianim Gnieździe jest już dość ograniczony. Na razie skłaniamy się do wyboru Antili 26 - jest w obu marinach. Nie wiecie może, czy będzie nam tam bardzo ciasno w 8 osób? ;)

Jeżeli macie (pozytywne! ;) ) doświadczenia z którąś z marin, a szczególnie jeżeli możecie polecić i armatora i jacht - będę wdzięczny za wszelkie sugestie! :)

4 komentarze

Siedzę i marudzę. Bo zapomniałem, że jutro święto. Przesyłka nie dojdzie. Przelew nie pójdzie. Ogólnie ble. I nagle wiem, o czym nie wspomniałem w relacji z Mazur. ;)

W Mikołajkach Siostra podrzuciła mi "Naj" z artykułem na temat marudzenia. Że nie można budzić się z myślą "jaki ciężki dzień przede mną" czy wygłaszać w czasie ulewy "jak zimno i mokro!". I nie wiem czemu, kiedy korzystałem z porad, wszyscy co najmniej dziwnie się na mnie patrzyli. Czyżby "Wczoraj byłem w pasjonującym miejscu. Wiecie gdzie?" bądź (w czasie deszczu) "ah! Jak pięknie pachnie!" nie są jednak takie idealne? ;D

PS. Kilka widoczków z Mazur ;)

10 komentarzy

sobota, 02.08.2008: dojazd

Czym byłby porządny rejs po Mazurach bez dotarcia na miejsce, które jest warto wspomnieć? Nudą. ;) Hołdując tej zasadzie pojawiliśmy się w Giżycku nie wiedząc dokładnie, gdzie dalej się udać. Jako że z drugą częścią uczestników wyjazdu umówiliśmy się "pod Biedronką" poznaliśmy wszystkie Biedronki Giżycka (łącznie ze spaloną), aby w końcu spotkać się całkiem niedaleko dworca PKP. Wsiedliśmy w busa do Wilkas. Pamiętając jednak, że czekamy jeszcze na Pawła (któremu PKP spłatało figla i uszkodziło trakcję) bystro pomyliłem AZS COS Wilkasy z COS Giżycko. :) Do Wilkas dojechaliśmy stopem. Na miejscu oczywiście jachty (mimo sporego spóźnienia) nie były gotowe, więc poszliśmy integrować się. :)

niedziela, 03.08.2008: papierzaki

Po wyśmianiu naszego drugiego jachtu, który wypływając (z obijaczami na burtach) skosił wszystkie możliwe cumy, także postanowiliśmy opuścić port. Powtórzyliśmy manewr koszenia bojek, wylaliśmy trochę benzyny przez nieszczelny korek silnika i wypłynęliśmy na Niegocin. Spokojny dzień przerywało tylko szkolenie oczka na żeglarza i czasem okrzyki, gdy załoga nie wiedziała czym jest bom, a czym miecz. Na noc spłynęliśmy do niewielkiej zatoczki na krańcu Jagodnego, której brzeg okazał się zarośnięty "papierzakami". ;) Nasza próba przeprawy do pobliskiej wioski zakończyła się stratą jednego z manowcowych japonków oraz wielką ilością ugryzień przez komary. Na szczęście Sabatowi i spółce udało się upolować piwo i kiełbasę, dzięki czemu śpiewaliśmy przy ognisku do późnej nocy, zaś oczek uratował odpływającą miskę z brudnymi naczyniami. ;)

poniedziałek, 04.08.2008: szkwalik

Spokojne spłynięcie do kanałów nie zapowiadało ciężkiego dnia. Chcieliśmy - z braku jedzenia na jachcie - dopłynąć jak najszybciej do Mikołajek. Niestety, na Tałtach zaczęła nas gonić burza, a nam oczywiście nie chciał odpalić silnik. Po kilku minutach burza była już obok nas i wtedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz. ;) Przede wszystkim odpalił silnik ;), burza zaczęła wyrywać grota (bo lazy jacka nie było...), jacht przechyliło, spływający razem z nami inny jacht będący 5m od nas zniknął z pola widzenia. Po chwili byliśmy już przechyleni na 2 burtę, Podol wiosłował cały zanurzony w wodzie, a jeszcze chwilę później wyrzuciło nas na plażę. Moje chronienie dziobu skończyło się raną ciętą stopy (dzięki czemu Dorota przestała bać się cudzej krwi ;) ), ale szczęśliwie dobiliśmy. :) Gorzej, że skończył się dobry wiatr, a nam benzyna, przez co do Mikołajek dotarliśmy dopiero późnym wieczorem, wpadając po drodze na mieliznę, w trzciny i będąc ciągnięci pod mostami. Ze względu na zbliżająca się kolejną burzę szybko spłynęliśmy na pagajach do portu w Mikołajkach, gdzie bosman - po ujrzeniu 6 głodnych studentów na napędzie ręcznym - pozwolił nam cumować na rezerwacji. :)

wtorek, 05.08.2008: twoja stara rzuca kotwicę w Mikołajkach!

Ze względu na wysoką opłatę portową w porcie i złą pogodę, postanowiliśmy się tylko przecumować do kei. A tam niespodzianka: radosna pani opieprza wszystkich, którzy w okolicy jej motorówki (raczej starej i brzydkiej) cumują bez kotwicy. Po zjechaniu pani poszliśmy do lekarza, gdzie dowiedziałem się, że jeśli chcę sobie zszyć ranę, to mogę jechać do Mrągowa lub Giżycka. Nie chciałem. ;) Wieczorem - korzystając z chwilowego przejaśnienia - poszliśmy na pierogi - było smakowo!

środa, 06.08.2008: nuuuuda! ;)

Wyruszyliśmy na północ. Cały dzień ładnie wiało, nic się nie działo - słowem nuda! Ileż można się opalać. ;) Dopiero wieczorem, gdy przycumowaliśmy już na Płw. Kula, dowiedzieliśmy się, że drugi jacht zamierza stanąć po drugiej stronie zatoki, gdyż mają nowych znajomych. Ponieważ nie bardzo mogłem tam iść, strzeliliśmy grupowego focha ;), zaś moja dzielna załoga udała się po piwo do odległego o ok 4km Rydzewa. Na szczęście leśne bagno ich nie pochłonęło (ani kolejnego japonka!), spędziliśmy więc całkiem miły wieczór. :)

czwartek, 07.08.2008: Sztynort

Kolejny spokojny dzień. Dobry wiatr, zatem udało nam się spokojnie dopłynąć do Sztynortu w sam raz na koncert... który okazał się klapą. ;) Jakieś przyśpiewki o flądrze i śledziu, wszystko w tym samym rytmie. A ludzie się bawili - dziwni jacyś. ;) Na szczęście potem objawiła się radosna grupa ze Śląska, która do późnej nocy grała i pozwalała wszystkim chętnym śpiewać i bawić się w rytm szant. Podobnoż gitarzysta był bardzo pociągający - po numer zgłaszajcie się do damskiej części mojej załogi. :P ;)

piątek, 08.08.2008: nocna wyprawa

Po wypłynięciu ze Sztynortu powitał nas na Kisajnie mocny wiatr. Halsowaliśmy aż po Dargin, Dorota opalająca się z przodu była cała mokra od pryskającej wody. Na szczęście wszyscy już wiedzieli, ile nasz jacht może się przechylić, więc świetnie się bawiliśmy. Wraz ze słabnącym wiatrem spłynęliśmy do Kanału Giżyckiego, gdzie udało nam się przepłynąć most obrotowy i zacumować, gdy potężnie lunęło. Kiedy na moment przejaśniło się, udaliśmy się na smaczną (i zapychającą) pizzę. Po zjedzeniu pizzy zrobiło się już dość ciemno, ale załoga postanowiła jeszcze tego samego dnia spłynąć do Wilkas. Postanowiliśmy zrobić to na silniku, jednak oczywiście w połowie drogi skończyła się benzyna, a że płynęliśmy pod wiatr zdecydowaliśmy się jednak cofnąć do portu LOKu w Giżycku. Omijanie po ciemku mielizn i wyprowadzonych daleko w jezioro sieci rybackich to pasjonujące zajęcie. ;)

sobota, 09.08.2008: powrót

Wczesna pobudka i wypłynięcie na żaglach do Wilkas. Tuż koło portu wiatr tak osłabł, że wpłynęliśmy dumnie na pagajach, dzięki czemu tym razem nie wzbudziliśmy nadmiernej ciekawości. Szybkie śniadanie, sprzątanie jachtu, przekazanie bosmanowi dłuuuugiej listy usterek (w tym rozpadający się rolfok, brak jednej cumy podczas gdy druga jest za krótka, skręcający samoczynnie silnik...). Zabraliśmy się na autobus. Udało nam się wsiąść w PKSa, którego strasznie gburowaty kierowca dowiózł nas na dworzec PKP w Giżycku.Tam zostawiliśmy oczka. Reszta została wysadzona po drodze lub zapakowana do odpowiednich pociągów w Olsztynie.

Na koniec...

Jeszcze raz dzięki wszystkim za udział. Mam nadzieję, że spotkamy się na jachcie także za rok. Zaś innych ostrzegam przez czarterem z AZS Wilkasy - jesteśmy zdecydowanie na nie. ;)

4 komentarze

Dzień 1, sobota: Wyspa Pelikanów

Po wielu ustaleniach większość zlotowiczów spotkała się w Olsztynie, na dworcu głównym (przy czym oczywiście nieco spóźniłem się, bo sprawdziłem wakacyjny rozkład autobusów zamiast sobotni). Po małym zamieszaniu spowodowanym wyjściem na Starówkę zamiast pierwotnie planowanego bankomatu (i nie zauważeniem manowców wypatrujących nas z kartonu :P) zobaczyliśmy zamek i wsiedliśmy w pociąg do Mrągowa. Szał zakupów w Lidlu nie był zbyt wielki, jako że sklep nie dysponował toaletą, w odróżnieniu od podróby Coli za 79gr i kiełbasy z papieru. Gdy wreszcie pojawił się nasz PKS zapłaciliśmy horrendalną cenę za przejazd i integrowaliśmy się przy dźwiękach gitary i śpiewie Page'a i Turaglara. Kierowca kilka razy musiał pogłaśniać Dodę i inne przeboje w radiu. ;) Na miejsce (Niedźwiedzi Róg) udało nam się dotrzeć z Wejsun tylko dzięki rodzicom, którzy podwieźli nasze bagaże. Głównym problemem okazała się zauważona przeze mnie Wyspa Pelikanów (choć prawdopodobnie były to tylko kormorany) oraz Książęcy Tor Przeszkód, czyli czerwony szlak bogato upstrzony przewróconymi drzewami. Na miejscu spotkaliśmy raczej gburowatego właściciela, który sprzedał nam drewno na ognisko za 20zł, a my po odbiorze jachtów u całkiem sympatycznego bosmana zaczęliśmy sie wprowadzać i dalej integrować przy ognisku.

Dzień 2, niedziela: nie mamy sterowności!

Rano ochrzciliśmy oficjalnie jachty: Hiszpańska Inkwizycja (Janmor), Książęca Nałożnica (Tango), Latający Holender (Tes), Pi(r/j)acka Skrzynia Zgonów (Sasanka). Każdy jacht dostał banderę z nazwą (dzięki którym potem błyskawicznie się rozpoznawaliśmy na wodzie), popędziliśmy Nałożnicę, która dopiero jadła śniadanie, gdy wszyscy inni byli już gotowi i wyruszyliśmy. My na Inkwizycji wychodziliśmy pierwsi, nie widzieliśmy więc problemów Nałożnicy i Holendra, udało nam się natomiast zaobserwować wpłynięcie na mieliznę w kanale portowym Skrzyni. Popłynęliśmy w stronę Mikołajek, spotykając się przed samą Przeczkę (przejście ze Śniardw na Mikołajskie) ze Skrzynia, kręcąca się wokół boi (prawdopodobnie wyławiali pierniczki). Spłynęliśmy na Bełdany, gdzie spotkaliśmy się z Nałożnicą. Po krótkiej naradzie dotyczącej pizzy na Wierzbie (ośrodek PAN) postanowiliśmy odbić od brzegu. Wszystko wskazywało na to, że wszystko jest w porządku, jednak po chwili Nałożnica, która wykonała manewr pierwsza, skręciła na nas radośnie krzycząc "Straciliśmy sterowność!". Na szczęście udało nam się odbić ich kosz tak, że nie wbili nam się w burcie, tylko zawadzili o nasz kosz. Wieczorem spłynęliśmy wszyscy (a właściwie prawie wszyscy) do Mikołajek, gdzie dowiedzieliśmy się, że Holender popłynął zupełnie w druga stronę, do Okartowa.

Dzień 3, poniedziałek: WOPR, tu jesteśmy. Lelenie

Od rana mocno wiało, co uniemożliwiało nam podjęcie akcji ratunkowej. Główną atrakcją okazały się pyszne gofry. Około 16, gdy wiatr nieco osłabł, trzech sterników (Manowce, Lechu i ja) wzięliśmy taksówkę do Okartowa, gdzie znaleźliśmy lekko przestraszoną załogę holendra uszczuploną o Wielebnych, którzy pojechali do Mikołajek. Trzeba dodać, że na dzień następny zapowiadali 9B, więc nie chcieliśmy czekać. Popłynęliśmy w stronę Mikołajek na silniku, gdyż musieliśmy płynąc pod wiatr. Niestety, okazało się, że silnik pali znacznie więcej niż twierdzili w Ahoju, więc gdy wiatr uspokoił się, przeszliśmy na żagle. Gdy zaczęło się robić ciemno, włączyliśmy znowu silnik, ale tu niespodzianka - po 10 minutach benzyna zupełnie się skończyła. Zadzwoniliśmy po WOPR, który ściągnął nas aż do Wierzby (dziękujemy!), mimo że najbliższym bezpiecznym portem było Popielno, udzielił ostrego ochrzanu i się zwinął. Natomiast my, Lelenie, postanowiliśmy kupić piwo, dzięki czemu trafiliśmy na Szeryfa, który wyjaśnił, gdzie takie rzeczy można kupić o takiej porze i zareklamował nam saunę, w której był nie tylko prysznic, ale też bilard, kawiarenka internetowa i czytelnia gratis. Jednak my, zmęczeni, postanowiliśmy iść spać.

Dzień 4, wtorek: Kupa gratis

Ponieważ nie mieliśmy żadnych rzeczy (w nocy spaliśmy pod pożyczonymi od załogi Holendra śpiworami, dzięki!) zrezygnowaliśmy z sauny i popłynęliśmy do Mikołajek, jako że wiatr okazał się słabszy niż zapowiadali. Na miejscu byliśmy mimo wszystko na tyle późno i na tyle zmęczeni, że postanowiliśmy tego dnia już nie ruszać się. Zajęliśmy się więc badaniem Mikołajek, dzięki czemu w najbliższej przyszłości ma szanse powstać przewodnik po mazurskich WCetach. Najbardziej podobał nam się sanitariat, gdzie można było wziąć tzw. "full wypas", w ramach którego skorzystanie z WC (normalnie 1zł) było gratis. Wieczorem oczywiście trafiliśmy na imprezę na Skrzyni.

Dzień 5, środa: Wpuszczeni w kanał

Ponieważ mieliśmy spore opóźnienie w stosunku do planów, postanowiliśmy zrobić tego dnia dość długą trasę, aż do Giżycka. W tym celu wstaliśmy bardzo wcześnie i na silnikach przepłynęliśmy Tałty i kanały. Zaraz za kanałami rzuciliśmy kotwicę, związaliśmy się z pozostałymi jachtami i kapaliśmy się w raczej chłodnej wodzie, przy czym okazało się, że kotwica trzyma marnie i jachty zdryfowało na środek jeziora, przez co zaczęły nieco blokować szlak. Zebraliśmy się więc i po wypiciu ciepłej herbaty popłynęliśmy dalej. Za zatoką Kula Inkwizycja złapała spore opóźnienie, gdyż najpierw nie mogliśmy postawić masztu (ah, ten sznurek od rolfoka :D), potem rozkręciła nam się nagle szekla od tali, a na koniec wylądowaliśmy na mieliźnie (choć podobno nie byliśmy jedyni). Opóźnienie na szczęście udało się nieco zniwelować dzięki burzy, która szła obok, a dzięki której zobaczyliśmy 3 tęcze na raz. Na miejscu imprezowaliśmy na Inkwizycji, jako że Skrzynia doznała juz zgonu. ;)

Dzień 6, czwartek: piiip-piiip

Po długim poprzednim dniu obudziliśmy się dość późno, po czym poszliśmy zwiedzić Twierdzę Boyen. Po wyjściu z muzeum (które co prawda nie było jakoś szczególnie nudne, ale z braku laku eksponaty dotyczyły mnóstwa rzeczy, była np. Sala Solidarności) poszliśmy zwiedzać twierdze jako taką, czyli nice, gdyż raczej nic tam nie było. ;) Następnie popłynęliśmy do Sztynortu, przy czym Holender ponownie się zgubił, ale na szczęście tym razem jeszcze przed wieczorem się znalazł. ;) My natomiast kręciliśmy sie przed kanałem chcąc wykorzystać dobry wiatr, kiedy przyszła dość duża chmura i postanowiliśmy spłynąć do portu. Stojący obok jacht poprosił nas o holowanie, a my jako dobrzy ludzie (:D) postanowiliśmy im pomóc. Nasz boski silnik na najwyższych obrotach ledwo wyrabiał ciągnięcie dwóch jachtów, weszliśmy więc dość szeroko do kanału na jezioro Sztynorckie. Tam trafiliśmy na wypływająca motorówkę WOPRu, która udało nam się wyminąć, niestety zaraz później na dość płytkim wejściu do kanału poderwało nam ster, do spowodowało obrócenie się jachtu w stronę zmierzającej za WOPRem motorówki policyjnej. Usłyszeliśmy tylko klakson i... elegancko, z gracją i niedużą prędkością uderzyliśmy motorówką o brzeg kanału. Wyskoczył z niej policjant i krzyczał "Spójrz, co zrobiłeś!" tak długo, aż z dużo mniejsza gracją, acz z większą prędkością walnął w nią holowany przez nas jacht. Po odbiciu się o druga stronę kanału udało nam się opuścić ster i popłynąć już prosto. Wędkarze na brzegu kanału grzecznie zabierali wędki. ;) W Sztynorcie poczekaliśmy na resztę, po czym poszliśmy do Zenzy na piwo, które postawiła nam załoga holowanego przez nas jachtu. Po jakimś czasie pojawił się koleś oferujący wszystkim soczek babuni (mieszany na miejscu spiryt z sokiem porzeczkowym), więc zwinęliśmy się, gdyż z obecnych smakował tylko Ampli (:P).

Dzień 7, piątek: toniemy!

Spokojnie spłynęliśmy do Węgorzewa. Rejs kończyliśmy z "mistrzem marnych zwrotów" (z SMSa Manowce) za sterem: Dukem. :D Inkwizycja wpłynęła pierwsza na Węgorapę, a kilkaset metrów przed końcem skończyła nam się benzyna w baku. Jasne, jasne, 1l benzyny na godzinę. Do portu dopłynęliśmy na pagajach, postanowiliśmy nie podpływać do stacji wodnej Orlenu po batonik. ;) Wieczorem spotkaliśmy się prawie wszyscy na Holendrze, na którym załoga Skrzyni zaprezentowała program artystyczny oraz przeprowadzony został tradycyjny zlotowy konkurs. Po konkursie na dnie Holendra znaleźliśmy sporą ilość wody, w związku z czym dość gwałtowanie się ewakuowaliśmy (Ile osób może wejść na Tes? 20. A ile może z niej wyjść? Tyle samo, ale dwa razy szybciej :D). Holender na szczęście nie zatonął w porcie, mimo że o północy nie udało nam się dodzwonić do serwisu Ahoja. Poszliśmy więc spać, rozlokowani na 3 pozostałych jachtach, gdyż cześć osób wyjeżdżało wcześnie rano.

Dzień 8, sobota: do widzenia, Mazury!

Od rana zegnaliśmy się z tymi, którym się spieszyło bądź mieszkają w miejscach, gdzie trudniej dojechać. Reszta z nas umyła jachty, opróżniła Inkwizycję z drewna kupionego w Niedźwiedzim Rogu (tak, dotąd płynęliśmy z tym, co nam zostało :D) i zdaliśmy jachty. Odbierający po zobaczeniu Teski był w stanie powiedzieć tylko "Jestem w szoku". I tak kilka razy. :P Mimo wszystko odzyskaliśmy całą kaucję i po 2h oczekiwania na PKSa ruszyliśmy do Olsztyna. Tu pożegnaliśmy Sabata i Manowce i poszliśmy z Julitą, JPC, Dukem i Dexem do herbaciarni, gdzie raczyliśmy sie herbatą, kawą i dwójniakiem (wbrew pozorom: to nie byłem ja :P). Gdy towarzystwo wsiadło w pociąg, ja trafiłem do domku i jeszcze nie zdążyłem się wyspać.

Po godzinie pisania tej relacji chciałbym podziękować wszystkim za fantastyczny zlot, w szczególności mojej Załodze, pozostałym Sternikom: Manowcom, mojej siostrze, Lechowi, JPC, pozostałym organizatorom: Sabatowi i Lechowi, załodze Skrzyni za program artystyczny i Manowcom oraz Ampli za ciepłe słowa i wsparcie psychiczne. Jak najszybciej do zobaczenia!
16 komentarzy
Szykuje się urlop i rejs po całych Mazurach (trasa: Niedźwiedzi Róg - Węgorzewo), pełny tydzień lenienia się, pływania, ogniskowania, śpiewania (a w moim wypadku wycia :P), i co tam jeszcze na rejsie można robić, szczególnie mając do dyspozycji 4 jachty i fantastycznych ludzi dookoła ;)

Jedynym problemem jest to, że w ostatniej chwili zrezygnowało kilka osób i mamy około 4-5 wolnych miejsc. Jeżeli ktoś chciałby się zabrać z Histmagowcami i naszymi znajomymi, zachęcam do kontaktu, a przynajmniej sprawdzenia szczegółów. :)
1 komentarz

Miniblog

Gmail przywitał mnie dziś informacją, że mogę włączyć sobie skrzynkę Priorytety. A żeby się dowiedzieć co to, mogę obejrzeć filmik. Filmik fajnie przygotowany, po polsku, szkoda, że zamiast każdej literki "ł" jest literka "ą". ;-)

Swoją drogą: fajne narzędzie, ale wolę sortować samodzielnie na bieżąco. :D

Jeżeli grupka fanatyków religijnych potrafi zablokować działanie świeckiego państwa, na dodatek wbrew opinii Kościoła i harcerzy (to oni w dobrej wierze postawili krzyż, nie agresywne "mohery") to jest źle.

Polecam komentarz apb. Życińskiego.

Stwierdziłem, że to głupio, by po 6 latach mieszkania w Gdańsku wciąż nie być na Westerplatte (gdzie nigdy nie byłem). Wybrałem się na rowerze poleconą trasą: na Nowy Port (obok PGE Arena), promem przez Martwą Wisłę tuż koło Twierdzy Wisłoujście, skąd już niedaleko do samego Westerplatte. Polecam!

W Barcelonie jest gorąco :)

Zrzut z mapki połączeń gdańskiego lotniska.

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht · Modified by @lan || Valid: XHTML 1.1, CSS || RSS wpisy RSS miniblog RSS wszystko