Po (bardzo długim) namyśle pożegnałem się z Histmagiem. Szkoda było po ponad 6 latach stażu jako współpracownik i już za kilka dni mijających 6 latach stażu jako redaktor. Ale świat idzie naprzód, trzeba za nim nadążać i dać szansę innym. ;)

(wpis o charakterze pamiątkowym ;) )

2 komentarze

Dzień 1, sobota: Wyspa Pelikanów

Po wielu ustaleniach większość zlotowiczów spotkała się w Olsztynie, na dworcu głównym (przy czym oczywiście nieco spóźniłem się, bo sprawdziłem wakacyjny rozkład autobusów zamiast sobotni). Po małym zamieszaniu spowodowanym wyjściem na Starówkę zamiast pierwotnie planowanego bankomatu (i nie zauważeniem manowców wypatrujących nas z kartonu :P) zobaczyliśmy zamek i wsiedliśmy w pociąg do Mrągowa. Szał zakupów w Lidlu nie był zbyt wielki, jako że sklep nie dysponował toaletą, w odróżnieniu od podróby Coli za 79gr i kiełbasy z papieru. Gdy wreszcie pojawił się nasz PKS zapłaciliśmy horrendalną cenę za przejazd i integrowaliśmy się przy dźwiękach gitary i śpiewie Page'a i Turaglara. Kierowca kilka razy musiał pogłaśniać Dodę i inne przeboje w radiu. ;) Na miejsce (Niedźwiedzi Róg) udało nam się dotrzeć z Wejsun tylko dzięki rodzicom, którzy podwieźli nasze bagaże. Głównym problemem okazała się zauważona przeze mnie Wyspa Pelikanów (choć prawdopodobnie były to tylko kormorany) oraz Książęcy Tor Przeszkód, czyli czerwony szlak bogato upstrzony przewróconymi drzewami. Na miejscu spotkaliśmy raczej gburowatego właściciela, który sprzedał nam drewno na ognisko za 20zł, a my po odbiorze jachtów u całkiem sympatycznego bosmana zaczęliśmy sie wprowadzać i dalej integrować przy ognisku.

Dzień 2, niedziela: nie mamy sterowności!

Rano ochrzciliśmy oficjalnie jachty: Hiszpańska Inkwizycja (Janmor), Książęca Nałożnica (Tango), Latający Holender (Tes), Pi(r/j)acka Skrzynia Zgonów (Sasanka). Każdy jacht dostał banderę z nazwą (dzięki którym potem błyskawicznie się rozpoznawaliśmy na wodzie), popędziliśmy Nałożnicę, która dopiero jadła śniadanie, gdy wszyscy inni byli już gotowi i wyruszyliśmy. My na Inkwizycji wychodziliśmy pierwsi, nie widzieliśmy więc problemów Nałożnicy i Holendra, udało nam się natomiast zaobserwować wpłynięcie na mieliznę w kanale portowym Skrzyni. Popłynęliśmy w stronę Mikołajek, spotykając się przed samą Przeczkę (przejście ze Śniardw na Mikołajskie) ze Skrzynia, kręcąca się wokół boi (prawdopodobnie wyławiali pierniczki). Spłynęliśmy na Bełdany, gdzie spotkaliśmy się z Nałożnicą. Po krótkiej naradzie dotyczącej pizzy na Wierzbie (ośrodek PAN) postanowiliśmy odbić od brzegu. Wszystko wskazywało na to, że wszystko jest w porządku, jednak po chwili Nałożnica, która wykonała manewr pierwsza, skręciła na nas radośnie krzycząc "Straciliśmy sterowność!". Na szczęście udało nam się odbić ich kosz tak, że nie wbili nam się w burcie, tylko zawadzili o nasz kosz. Wieczorem spłynęliśmy wszyscy (a właściwie prawie wszyscy) do Mikołajek, gdzie dowiedzieliśmy się, że Holender popłynął zupełnie w druga stronę, do Okartowa.

Dzień 3, poniedziałek: WOPR, tu jesteśmy. Lelenie

Od rana mocno wiało, co uniemożliwiało nam podjęcie akcji ratunkowej. Główną atrakcją okazały się pyszne gofry. Około 16, gdy wiatr nieco osłabł, trzech sterników (Manowce, Lechu i ja) wzięliśmy taksówkę do Okartowa, gdzie znaleźliśmy lekko przestraszoną załogę holendra uszczuploną o Wielebnych, którzy pojechali do Mikołajek. Trzeba dodać, że na dzień następny zapowiadali 9B, więc nie chcieliśmy czekać. Popłynęliśmy w stronę Mikołajek na silniku, gdyż musieliśmy płynąc pod wiatr. Niestety, okazało się, że silnik pali znacznie więcej niż twierdzili w Ahoju, więc gdy wiatr uspokoił się, przeszliśmy na żagle. Gdy zaczęło się robić ciemno, włączyliśmy znowu silnik, ale tu niespodzianka - po 10 minutach benzyna zupełnie się skończyła. Zadzwoniliśmy po WOPR, który ściągnął nas aż do Wierzby (dziękujemy!), mimo że najbliższym bezpiecznym portem było Popielno, udzielił ostrego ochrzanu i się zwinął. Natomiast my, Lelenie, postanowiliśmy kupić piwo, dzięki czemu trafiliśmy na Szeryfa, który wyjaśnił, gdzie takie rzeczy można kupić o takiej porze i zareklamował nam saunę, w której był nie tylko prysznic, ale też bilard, kawiarenka internetowa i czytelnia gratis. Jednak my, zmęczeni, postanowiliśmy iść spać.

Dzień 4, wtorek: Kupa gratis

Ponieważ nie mieliśmy żadnych rzeczy (w nocy spaliśmy pod pożyczonymi od załogi Holendra śpiworami, dzięki!) zrezygnowaliśmy z sauny i popłynęliśmy do Mikołajek, jako że wiatr okazał się słabszy niż zapowiadali. Na miejscu byliśmy mimo wszystko na tyle późno i na tyle zmęczeni, że postanowiliśmy tego dnia już nie ruszać się. Zajęliśmy się więc badaniem Mikołajek, dzięki czemu w najbliższej przyszłości ma szanse powstać przewodnik po mazurskich WCetach. Najbardziej podobał nam się sanitariat, gdzie można było wziąć tzw. "full wypas", w ramach którego skorzystanie z WC (normalnie 1zł) było gratis. Wieczorem oczywiście trafiliśmy na imprezę na Skrzyni.

Dzień 5, środa: Wpuszczeni w kanał

Ponieważ mieliśmy spore opóźnienie w stosunku do planów, postanowiliśmy zrobić tego dnia dość długą trasę, aż do Giżycka. W tym celu wstaliśmy bardzo wcześnie i na silnikach przepłynęliśmy Tałty i kanały. Zaraz za kanałami rzuciliśmy kotwicę, związaliśmy się z pozostałymi jachtami i kapaliśmy się w raczej chłodnej wodzie, przy czym okazało się, że kotwica trzyma marnie i jachty zdryfowało na środek jeziora, przez co zaczęły nieco blokować szlak. Zebraliśmy się więc i po wypiciu ciepłej herbaty popłynęliśmy dalej. Za zatoką Kula Inkwizycja złapała spore opóźnienie, gdyż najpierw nie mogliśmy postawić masztu (ah, ten sznurek od rolfoka :D), potem rozkręciła nam się nagle szekla od tali, a na koniec wylądowaliśmy na mieliźnie (choć podobno nie byliśmy jedyni). Opóźnienie na szczęście udało się nieco zniwelować dzięki burzy, która szła obok, a dzięki której zobaczyliśmy 3 tęcze na raz. Na miejscu imprezowaliśmy na Inkwizycji, jako że Skrzynia doznała juz zgonu. ;)

Dzień 6, czwartek: piiip-piiip

Po długim poprzednim dniu obudziliśmy się dość późno, po czym poszliśmy zwiedzić Twierdzę Boyen. Po wyjściu z muzeum (które co prawda nie było jakoś szczególnie nudne, ale z braku laku eksponaty dotyczyły mnóstwa rzeczy, była np. Sala Solidarności) poszliśmy zwiedzać twierdze jako taką, czyli nice, gdyż raczej nic tam nie było. ;) Następnie popłynęliśmy do Sztynortu, przy czym Holender ponownie się zgubił, ale na szczęście tym razem jeszcze przed wieczorem się znalazł. ;) My natomiast kręciliśmy sie przed kanałem chcąc wykorzystać dobry wiatr, kiedy przyszła dość duża chmura i postanowiliśmy spłynąć do portu. Stojący obok jacht poprosił nas o holowanie, a my jako dobrzy ludzie (:D) postanowiliśmy im pomóc. Nasz boski silnik na najwyższych obrotach ledwo wyrabiał ciągnięcie dwóch jachtów, weszliśmy więc dość szeroko do kanału na jezioro Sztynorckie. Tam trafiliśmy na wypływająca motorówkę WOPRu, która udało nam się wyminąć, niestety zaraz później na dość płytkim wejściu do kanału poderwało nam ster, do spowodowało obrócenie się jachtu w stronę zmierzającej za WOPRem motorówki policyjnej. Usłyszeliśmy tylko klakson i... elegancko, z gracją i niedużą prędkością uderzyliśmy motorówką o brzeg kanału. Wyskoczył z niej policjant i krzyczał "Spójrz, co zrobiłeś!" tak długo, aż z dużo mniejsza gracją, acz z większą prędkością walnął w nią holowany przez nas jacht. Po odbiciu się o druga stronę kanału udało nam się opuścić ster i popłynąć już prosto. Wędkarze na brzegu kanału grzecznie zabierali wędki. ;) W Sztynorcie poczekaliśmy na resztę, po czym poszliśmy do Zenzy na piwo, które postawiła nam załoga holowanego przez nas jachtu. Po jakimś czasie pojawił się koleś oferujący wszystkim soczek babuni (mieszany na miejscu spiryt z sokiem porzeczkowym), więc zwinęliśmy się, gdyż z obecnych smakował tylko Ampli (:P).

Dzień 7, piątek: toniemy!

Spokojnie spłynęliśmy do Węgorzewa. Rejs kończyliśmy z "mistrzem marnych zwrotów" (z SMSa Manowce) za sterem: Dukem. :D Inkwizycja wpłynęła pierwsza na Węgorapę, a kilkaset metrów przed końcem skończyła nam się benzyna w baku. Jasne, jasne, 1l benzyny na godzinę. Do portu dopłynęliśmy na pagajach, postanowiliśmy nie podpływać do stacji wodnej Orlenu po batonik. ;) Wieczorem spotkaliśmy się prawie wszyscy na Holendrze, na którym załoga Skrzyni zaprezentowała program artystyczny oraz przeprowadzony został tradycyjny zlotowy konkurs. Po konkursie na dnie Holendra znaleźliśmy sporą ilość wody, w związku z czym dość gwałtowanie się ewakuowaliśmy (Ile osób może wejść na Tes? 20. A ile może z niej wyjść? Tyle samo, ale dwa razy szybciej :D). Holender na szczęście nie zatonął w porcie, mimo że o północy nie udało nam się dodzwonić do serwisu Ahoja. Poszliśmy więc spać, rozlokowani na 3 pozostałych jachtach, gdyż cześć osób wyjeżdżało wcześnie rano.

Dzień 8, sobota: do widzenia, Mazury!

Od rana zegnaliśmy się z tymi, którym się spieszyło bądź mieszkają w miejscach, gdzie trudniej dojechać. Reszta z nas umyła jachty, opróżniła Inkwizycję z drewna kupionego w Niedźwiedzim Rogu (tak, dotąd płynęliśmy z tym, co nam zostało :D) i zdaliśmy jachty. Odbierający po zobaczeniu Teski był w stanie powiedzieć tylko "Jestem w szoku". I tak kilka razy. :P Mimo wszystko odzyskaliśmy całą kaucję i po 2h oczekiwania na PKSa ruszyliśmy do Olsztyna. Tu pożegnaliśmy Sabata i Manowce i poszliśmy z Julitą, JPC, Dukem i Dexem do herbaciarni, gdzie raczyliśmy sie herbatą, kawą i dwójniakiem (wbrew pozorom: to nie byłem ja :P). Gdy towarzystwo wsiadło w pociąg, ja trafiłem do domku i jeszcze nie zdążyłem się wyspać.

Po godzinie pisania tej relacji chciałbym podziękować wszystkim za fantastyczny zlot, w szczególności mojej Załodze, pozostałym Sternikom: Manowcom, mojej siostrze, Lechowi, JPC, pozostałym organizatorom: Sabatowi i Lechowi, załodze Skrzyni za program artystyczny i Manowcom oraz Ampli za ciepłe słowa i wsparcie psychiczne. Jak najszybciej do zobaczenia!
16 komentarzy
Szykuje się urlop i rejs po całych Mazurach (trasa: Niedźwiedzi Róg - Węgorzewo), pełny tydzień lenienia się, pływania, ogniskowania, śpiewania (a w moim wypadku wycia :P), i co tam jeszcze na rejsie można robić, szczególnie mając do dyspozycji 4 jachty i fantastycznych ludzi dookoła ;)

Jedynym problemem jest to, że w ostatniej chwili zrezygnowało kilka osób i mamy około 4-5 wolnych miejsc. Jeżeli ktoś chciałby się zabrać z Histmagowcami i naszymi znajomymi, zachęcam do kontaktu, a przynajmniej sprawdzenia szczegółów. :)
1 komentarz
Wróciłem wczoraj do domu i się zorientowałem, że, mimo iż sesja zaczyna się dopiero we wtorek, mam już czas wolny. A raczej prawie - egzamin z BD za 10 dni. Jeżeli nie opadnie mnie pomroczność jasna jak na zwalonej (ale zdanej) zerówce z SO to nie mam specjalnych powodów do obaw.
Powstaje pytanie - co robić. Właściwie w tym momencie poiwnienem rzucić się na forum Hmaga i wreszcie wprowadzić nowego styla, ale coś mi się nie chce... Głupio, ale się nie chce. Mam za to tysiące pomysłów na inne zagospodarowanie tego czasu. Pewnie z większości nic nie wyjdzie, ale może powinienem spróbować... Trza się będzie dziś zastanowić i dać konkretną odpowiedź. Nie podoba mi się to ;).
1 komentarz
Z nudów (i braku dobrej pogody) przejrzałem sobie strony kandydatów na prezydenta RP i (w sumie z żalem :P) stwierdzam, że najlepszą stronę ma <fanfary ;-)> Kaczor, 8 błędów w XHTML 1.0 (jedyny kandydat z XHTMLem) </przestać juz trąbić, no...>. Strona całkiem ładna, kod czytelny. Szkoda, że zawartośc taka, jaka jest ;-). Ciekawe, że strona wykonawcy jest raczej marnej jakości ;-).
Na drugim miejscu ex aequo Religa (26 błędów w HTML 4.01) i burak-Lepper (28 błędów, ale strona nieco ambitniejsza). I identyczny syf w kodzie ;-).
Trzecie miejsce zajał nieśmiertelny JKM z 93 błędami i całkiem przyjemną stroną.
U reszty, przynajmniej u tej, która raczyła określić doctype, ponad 100 błędów. Specjalne gratulacje dla panów Giertycha za 321 błędów - nawet Onet ma mniej - i Kaczora Donalda za problemy ze zdecydowaniem się, jakie kodowanie znaków wybrać.
13 komentarzy

Miniblog

Gmail przywitał mnie dziś informacją, że mogę włączyć sobie skrzynkę Priorytety. A żeby się dowiedzieć co to, mogę obejrzeć filmik. Filmik fajnie przygotowany, po polsku, szkoda, że zamiast każdej literki "ł" jest literka "ą". ;-)

Swoją drogą: fajne narzędzie, ale wolę sortować samodzielnie na bieżąco. :D

Jeżeli grupka fanatyków religijnych potrafi zablokować działanie świeckiego państwa, na dodatek wbrew opinii Kościoła i harcerzy (to oni w dobrej wierze postawili krzyż, nie agresywne "mohery") to jest źle.

Polecam komentarz apb. Życińskiego.

Stwierdziłem, że to głupio, by po 6 latach mieszkania w Gdańsku wciąż nie być na Westerplatte (gdzie nigdy nie byłem). Wybrałem się na rowerze poleconą trasą: na Nowy Port (obok PGE Arena), promem przez Martwą Wisłę tuż koło Twierdzy Wisłoujście, skąd już niedaleko do samego Westerplatte. Polecam!

W Barcelonie jest gorąco :)

Zrzut z mapki połączeń gdańskiego lotniska.

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht · Modified by @lan || Valid: XHTML 1.1, CSS || RSS wpisy RSS miniblog RSS wszystko