Wczorajszy, (niestety) ostatni dzień Open'era spędziliśmy znacznie bardziej "lajtowo" niż poprzednie. W Babich Dołach pojawiliśmy się dopiero po 18, po próbie dopchania się do Skweru Kościuszki i upolowaniu w Gdyni Nami, z którą spędziliśmy bardzo udany muzycznie wieczór. ;) Następnie szwendaliśmy się po terenie festiwalu, słuchając kawałków koncertów i czekając, aż coś przykuje naszą uwagę.
Pierwszym takim wydarzeniem była Lilly Allen - lekki, popowy występ, kolejny idealny powód, by posiedzieć sobie na trawie pod główną sceną. Nie porwała mnie, ale było bardzo sympatycznie. ;) Kolejne siedzenie na trawie zaliczyliśmy pod World Stage na części występu Santigold. Ciekawa muzyka, część utworów nawet wpadła mi w ucho, przy czym słyszeliśmy je z zza morza ludzi i przy latającym nad nami paralotniarzu (niczym komar!...). Przed 22:30 pilnie udaliśmy się pod główną scenę, na (w naszym wypadku) jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów wieczoru - Kings of Leon. I nie zawiedli nas - półtorej godziny fantastycznego wykonania największych przebojów. Sami wykonawcy byli zaskoczeni gorącym przyjęciem i tysiącami gardeł wtórującym im i wycisnęli z siebie widoczne siódme poty. Rewelacja! :) Niedługo po Kingsach na scenę weszli Placebo. Kolejny pełen energii koncert i aktywny udział publiczności. Niestety, sam koncert skończył się już po godzinie, nie doczekaliśmy się wielu przebojów ("Protect Me From What I Want", "English Summer Rain"...), więc poczuliśmy spory niedosyt.
Po zrealizowaniu ostatnich bonów wróciliśmy do Gdańska. Wspólnie z eMZetem uznaliśmy za najlepsze koncerty występy Moby'ego i Kings of Leon. Zaraz potem koncerty dwóch (jak dla mnie) "niespodzianek": The Gossip i White Lies. Zasadniczo: za rok nie może nas tam zabraknąć! A teraz pozostaje powrót do życia pozafestiwalowego... ;)
Komentarze