sobota, 02.08.2008: dojazd

Czym byłby porządny rejs po Mazurach bez dotarcia na miejsce, które jest warto wspomnieć? Nudą. ;) Hołdując tej zasadzie pojawiliśmy się w Giżycku nie wiedząc dokładnie, gdzie dalej się udać. Jako że z drugą częścią uczestników wyjazdu umówiliśmy się "pod Biedronką" poznaliśmy wszystkie Biedronki Giżycka (łącznie ze spaloną), aby w końcu spotkać się całkiem niedaleko dworca PKP. Wsiedliśmy w busa do Wilkas. Pamiętając jednak, że czekamy jeszcze na Pawła (któremu PKP spłatało figla i uszkodziło trakcję) bystro pomyliłem AZS COS Wilkasy z COS Giżycko. :) Do Wilkas dojechaliśmy stopem. Na miejscu oczywiście jachty (mimo sporego spóźnienia) nie były gotowe, więc poszliśmy integrować się. :)

niedziela, 03.08.2008: papierzaki

Po wyśmianiu naszego drugiego jachtu, który wypływając (z obijaczami na burtach) skosił wszystkie możliwe cumy, także postanowiliśmy opuścić port. Powtórzyliśmy manewr koszenia bojek, wylaliśmy trochę benzyny przez nieszczelny korek silnika i wypłynęliśmy na Niegocin. Spokojny dzień przerywało tylko szkolenie oczka na żeglarza i czasem okrzyki, gdy załoga nie wiedziała czym jest bom, a czym miecz. Na noc spłynęliśmy do niewielkiej zatoczki na krańcu Jagodnego, której brzeg okazał się zarośnięty "papierzakami". ;) Nasza próba przeprawy do pobliskiej wioski zakończyła się stratą jednego z manowcowych japonków oraz wielką ilością ugryzień przez komary. Na szczęście Sabatowi i spółce udało się upolować piwo i kiełbasę, dzięki czemu śpiewaliśmy przy ognisku do późnej nocy, zaś oczek uratował odpływającą miskę z brudnymi naczyniami. ;)

poniedziałek, 04.08.2008: szkwalik

Spokojne spłynięcie do kanałów nie zapowiadało ciężkiego dnia. Chcieliśmy - z braku jedzenia na jachcie - dopłynąć jak najszybciej do Mikołajek. Niestety, na Tałtach zaczęła nas gonić burza, a nam oczywiście nie chciał odpalić silnik. Po kilku minutach burza była już obok nas i wtedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz. ;) Przede wszystkim odpalił silnik ;), burza zaczęła wyrywać grota (bo lazy jacka nie było...), jacht przechyliło, spływający razem z nami inny jacht będący 5m od nas zniknął z pola widzenia. Po chwili byliśmy już przechyleni na 2 burtę, Podol wiosłował cały zanurzony w wodzie, a jeszcze chwilę później wyrzuciło nas na plażę. Moje chronienie dziobu skończyło się raną ciętą stopy (dzięki czemu Dorota przestała bać się cudzej krwi ;) ), ale szczęśliwie dobiliśmy. :) Gorzej, że skończył się dobry wiatr, a nam benzyna, przez co do Mikołajek dotarliśmy dopiero późnym wieczorem, wpadając po drodze na mieliznę, w trzciny i będąc ciągnięci pod mostami. Ze względu na zbliżająca się kolejną burzę szybko spłynęliśmy na pagajach do portu w Mikołajkach, gdzie bosman - po ujrzeniu 6 głodnych studentów na napędzie ręcznym - pozwolił nam cumować na rezerwacji. :)

wtorek, 05.08.2008: twoja stara rzuca kotwicę w Mikołajkach!

Ze względu na wysoką opłatę portową w porcie i złą pogodę, postanowiliśmy się tylko przecumować do kei. A tam niespodzianka: radosna pani opieprza wszystkich, którzy w okolicy jej motorówki (raczej starej i brzydkiej) cumują bez kotwicy. Po zjechaniu pani poszliśmy do lekarza, gdzie dowiedziałem się, że jeśli chcę sobie zszyć ranę, to mogę jechać do Mrągowa lub Giżycka. Nie chciałem. ;) Wieczorem - korzystając z chwilowego przejaśnienia - poszliśmy na pierogi - było smakowo!

środa, 06.08.2008: nuuuuda! ;)

Wyruszyliśmy na północ. Cały dzień ładnie wiało, nic się nie działo - słowem nuda! Ileż można się opalać. ;) Dopiero wieczorem, gdy przycumowaliśmy już na Płw. Kula, dowiedzieliśmy się, że drugi jacht zamierza stanąć po drugiej stronie zatoki, gdyż mają nowych znajomych. Ponieważ nie bardzo mogłem tam iść, strzeliliśmy grupowego focha ;), zaś moja dzielna załoga udała się po piwo do odległego o ok 4km Rydzewa. Na szczęście leśne bagno ich nie pochłonęło (ani kolejnego japonka!), spędziliśmy więc całkiem miły wieczór. :)

czwartek, 07.08.2008: Sztynort

Kolejny spokojny dzień. Dobry wiatr, zatem udało nam się spokojnie dopłynąć do Sztynortu w sam raz na koncert... który okazał się klapą. ;) Jakieś przyśpiewki o flądrze i śledziu, wszystko w tym samym rytmie. A ludzie się bawili - dziwni jacyś. ;) Na szczęście potem objawiła się radosna grupa ze Śląska, która do późnej nocy grała i pozwalała wszystkim chętnym śpiewać i bawić się w rytm szant. Podobnoż gitarzysta był bardzo pociągający - po numer zgłaszajcie się do damskiej części mojej załogi. :P ;)

piątek, 08.08.2008: nocna wyprawa

Po wypłynięciu ze Sztynortu powitał nas na Kisajnie mocny wiatr. Halsowaliśmy aż po Dargin, Dorota opalająca się z przodu była cała mokra od pryskającej wody. Na szczęście wszyscy już wiedzieli, ile nasz jacht może się przechylić, więc świetnie się bawiliśmy. Wraz ze słabnącym wiatrem spłynęliśmy do Kanału Giżyckiego, gdzie udało nam się przepłynąć most obrotowy i zacumować, gdy potężnie lunęło. Kiedy na moment przejaśniło się, udaliśmy się na smaczną (i zapychającą) pizzę. Po zjedzeniu pizzy zrobiło się już dość ciemno, ale załoga postanowiła jeszcze tego samego dnia spłynąć do Wilkas. Postanowiliśmy zrobić to na silniku, jednak oczywiście w połowie drogi skończyła się benzyna, a że płynęliśmy pod wiatr zdecydowaliśmy się jednak cofnąć do portu LOKu w Giżycku. Omijanie po ciemku mielizn i wyprowadzonych daleko w jezioro sieci rybackich to pasjonujące zajęcie. ;)

sobota, 09.08.2008: powrót

Wczesna pobudka i wypłynięcie na żaglach do Wilkas. Tuż koło portu wiatr tak osłabł, że wpłynęliśmy dumnie na pagajach, dzięki czemu tym razem nie wzbudziliśmy nadmiernej ciekawości. Szybkie śniadanie, sprzątanie jachtu, przekazanie bosmanowi dłuuuugiej listy usterek (w tym rozpadający się rolfok, brak jednej cumy podczas gdy druga jest za krótka, skręcający samoczynnie silnik...). Zabraliśmy się na autobus. Udało nam się wsiąść w PKSa, którego strasznie gburowaty kierowca dowiózł nas na dworzec PKP w Giżycku.Tam zostawiliśmy oczka. Reszta została wysadzona po drodze lub zapakowana do odpowiednich pociągów w Olsztynie.

Na koniec...

Jeszcze raz dzięki wszystkim za udział. Mam nadzieję, że spotkamy się na jachcie także za rok. Zaś innych ostrzegam przez czarterem z AZS Wilkasy - jesteśmy zdecydowanie na nie. ;)