Ponieważ anghan opisał już dość szczegółowo naszą wyprawę, skupię się tylko na najważniejszych punktach. ;)
Winni, odpowiedzialni, itd.
Kamila i anghan - organizatorzy
Gosia - dzięki Niej przeżyłem (choć nie bez urazów ;) ) i (chyba?) większość ludzi na stoku. Zniszczeń i uszkodzeń flory i fauny też nie zanotowano.
Dwie deski
Z dorzuconymi masakrycznie niewygodnymi butami i dwoma kijaszkami. Sprawiają mnóstwo frajdy, gdy tylko człowiek już umie nałożyć na sobie to wszystko i otrzymać przez dłużej niż minute równowagę, jednocześnie się poruszając. ;)
Niepokorna owocowość
Czyli soczek żurawinowy Tymbarku. Radosny opis na boku kartonika dał nam sporo radości w czasie jazdy pociągiem.
Atmosfera burdelu
...osiągnięta dzięki niezwykle gustownym czerwonym firankom w przedziale i tapicerką w takimże kolorze oraz mojej stopie wyciągniętej w stronę okna z korytarza do przedziału zagwarantowała nam prawie pusty przedział. Ciekawe, czemu starsze panie nie chciały się dosiąść? ;)
Gotowany kalafior
Reakcje ludzi na SMSa "Cześć, czy gotujesz dziś może kalafior?" potrafią być różne, ale zazwyczaj sprowadzają się do "co piłeś?"
Minister zdrowia ostrzega
...zbyt wiele godzin w pociągu negatywnie wpływa na psychikę. Co widać po powyższych punktach. ;)
Jest już ciemno
... a nam jest wszystko jedno i nucimy Feela. To było straszne - gdy udało mi się zapomnieć o tej piosence, to ktoś inny zaczynał ją nucić. Na szczęście po długim myśleniu i pomocy Googli udało nam się przypomnieć, jak brzmi ich druga znana piosenka. ;)
Na dodatek prawie udało nam się być na koncercie Feela. W tym wypadku prawie robi naprawdę olbrzymią różnicę, bo plotka zasłyszana na mieście nie miała w sobie krzty prawdy, a na scenie podobno wystąpiła Sofa (z gościnnym udziałem Wersalki i rapera Tapczana? ;o ).
Czajnik Piotruś
Niewątpliwą furorę w naszym pokoju wzbudził czajnik Piotruś. Byliśmy przekonani, że to nazwa modelu, ale nie! Piotruś nie chciał gotować aż mu się pogroziło lub pogmerało za uszkiem (w zależności od jego nastroju). Za to po wlaniu do niego piwa nie robił więcej problemów. Całkiem smaczny grzaniec z miodem nam wyszedł, mimo braku goździków czy innych przypraw.
Spłuczka
Intrygująca była spłuczka, która napełniała się tylko wtedy, gdy nikogo z nas nie było w pokoju. Wysnuliśmy teorię, że wtedy przychodzi pani i dolewa do niej wody. Gdy jednak anghan uderzył w spłuczkę, która nagle zaczęła napełniać się wodą, teoria została zmodyfikowana: pani zasypia za ścianą i trzeba ją obudzić, aby dolała wody. ;)
Pieniński Park Narodowy
Gdy po naciągnięciu sobie czegoś tam nie mogłem już jeździć, poszedłem na spacer do Parku Narodowego. Bardzo podobała mi się granica państwa - gdyby nie znaki, które nagle zaczęły być po słowacku, nie zauważyłbym. ;) Bardzo doskwierał mi brak aparatu fotograficznego - zrobiłem kilka zdjęć komórką (tak samo, jak następnego dnia w Szczawnicy), ale to nie to samo. ;) Po moim powrocie wszyscy byli rozczarowani, że nic im nie przyniosłem z wyprawy - ale najbliższa miejscowość byłą 3km od granicy, a niestety moje kuśtykanie nie pozwoliłoby mi wrócić na czas.
Na koniec...
Pozostaje mi podziękować za zarażenie narceniem - to naprawdę fantastyczna sprawa, choć z zadowoleniem stwierdzam, że jachcenie jest lepsze. ;) Oczywiście, to kwestia dyskusyjna, niemniej na pewno jachty wychodzą taniej. :D